Gazeta IT, 2006
Lumenalna Elektroniczna Mechaneurystyka
Lem - wspomnienie, marzec 2006
Nie wiem czy ktokolwiek z nas, informatyków, zgodzi się ze mną, ale uważam, że Lem
dla pewnej części był i dłużej lub krócej będzie punktem odniesienia,
inspiracją, źródłem wiedzy i wzorem w postrzeganiu świata, radzenia sobie z nim
i z naszą profesją. Dla tej części informatyków, którzy nie są tylko dokładnymi,
precyzyjnymi, zorientowanymi na cel istotami tworzącymi programy, budującymi
systemy czy zarządzającymi nimi. Tej części, na która składają się nie tylko ci
mędrcy od oka i szkiełka, ale składają się ludzie, w których ich suchej, nudnej,
dokładnej naturze matematycznej towarzyszy czasami czuły, czasami postrzelony,
nawet niekiedy gwałtowny, ale wrażliwy, łatwy do zranienia pierwiastek
humanistyczny. Albo, jeśli ktoś woli, towarzyszy romantyzm czy wręcz
sentymentalność lub, jak ma się odwagę tak powiedzieć - czułość. I - last but
not least - którym jak najbardziej nieobce jest poczucie dystansu do siebie i
poczucie humoru - subtelnego, często paradoksalnego,
lemowskiego.
Jest tak dlatego, że
niewątpliwie informatyka to nie tylko sprzęt, to nie tylko programy, nie tylko
bity, bajty, słowa, rejestry i adresy. Nie zawaham się powiedzieć, że to
wszystko tylko dodatek, gadżet. Inny niż cokolwiek dotychczas, nowy, zajmujący,
ale tylko dodatek dla nas - tym razem mam na myśli nas jako ludzi ogólnie, istot
obdarzonych zdolnością abstrakcyjnego myślenia w interakcji z uczuciami. Tak,
dodatek DLA nas. Dopóki pozostaniemy ludźmi.
Takie spojrzenie z pewnego
punktu widzenia - tym razem nas, którzy jesteśmy bardziej niż inni
biegli w obsłudze i produkowaniu tych dodatków - jest pełne pokory. Umiejętność
takiego podejścia, wręcz pogodzenia się z nim, jest dla mnie kamieniem
probierczym naszej, informatyków, odpowiedzialności wspólnotowej jako ludzi. A
takiego podejścia nauczyły mnie dzieła Lema. Oczywiście nie sposób twierdzić, że
ze wszystkich tych dzieł można się tego nauczyć. Jego spuścizna jest różnorodna.
Począwszy od utworów współczesnych, poprzez dzieła humorystyczne osadzone w
fantastycznych dekoracjach, powieści stricte fantastyczno-naukowe, w tym mocno
informatyczne, a skończywszy na publicystyce oraz na obszernych pracach i
rozprawach społecznych, politycznych, filozoficznych i naukowych.
Wspomniane dzieła ściśle
fantastyczno-naukowe po części nazwałem informatycznymi. Faktycznie mocno były
związane z techniką, i z obszarem działalności ludzkiej początkowo nazywanej
cybernetyką, a teraz swojsko informatyką. Sporo tych dzieł może nie zadowalać, a
często nie zadowala młodszych czytelników (pokolenie lat 80. i 90 XX wieku oraz
pierwszej dekady wieku XXI) brakiem fajerwerków, nawet prostotą pomysłów,
zwłaszcza technicznych. Ale to nie ma znaczenia. Informatyka, jeśli pominąć
błyskotki w postaci gier i wbudowane w komórki quasi aparaty fotograficzne, też
jest mało widowiskowa, jest nudna i żmudna. Więc jeśli nawet we wspomnianych
dziełach nie było feerii pomysłów technicznych, to technika była, i była tak czy
inaczej informatyka, ale przede wszystkim byli ludzie. Do nich wrócę, bo przez
chwilę zatrzymam się nad tym, czy faktycznie utwory Lema są o informatyce.
Pomijając już to, że kwestia informacji i jej przetwarzania przewijała się w
wielu dziełach (przede wszystkim w „Dialogach”, ale też tytułową
mechaneurystyką[1] i termodynamiką logiki[2]
w „Obłokach Magellana”), to dla mnie utworami o informatyce, też o informatyce,
jest zarówno „Niezwyciężony”, jak i „Solaris”, i – to już trywialne stwierdzenie
– „Golem XIV”. W pewnym sensie jest taki utworem „Głos Pana”. Pierwszy utwór
może nie jest oczywisty, jak niby nie są oczywiście informatyczne elementy Y.
Tyle że te elementy składają się co jakiś czas w zaprogramowaną, mającą cel
działania chmurę, a same przez swoją trójwartościowość (trójkońcowość) jakoś
dziwnie przypominają pomysł najbardziej oszczędnego zapisu liczb, bo w systemie
z podstawą e. Z kolei planetarny twór też jest nie wiadomo czym, ale działa w
sposób celowy, więc może być biotycznym, globalnym komputerem. A w ostatnim
przypadku, choć tylko jako pretekst do prowadzenia narracji, ale jest aluzja do
jakże informatycznego i informatyce potrzebnego generowania liczb losowych. Ale
co ważniejsze – we wszystkich utworach są ludzie, również w „Golemie”. Ludzie
zderzani z niewiadomym w jakiejś przyszłości, uzbrojeni w rozwinięte rozwiązania
techniczne, bo tak będzie, nieważne czy i ile Lem nawymyślał takich rozwiązań.
Ale są to ludzie, i to jest clou lemowskiego przesłania do mnie, którzy
praktycznie się nie zmieniają. Nie zmieniają się bez względu na to, co ich w
sensie gadżetów otacza, z czego korzystają, co im ułatwia byt, przemieszczanie,
komunikowanie się. Nie tylko z gwiazd przynoszą swoje ja, swoje słabości,
radości i ułomności, ale z tym samym udają się do gwiazd. I nie ma możliwości,
aby od tego uciekli. Nawet w kosmos. I tak samo jest w kontekście interakcji
ludzi z informatyką. I dlatego to uczy pokory. Pozwala zatrzymać percepcję, lub
do niej wrócić, na tych, co nas otaczają.
Jest pewne, że dzieła Lema
można odczytać jeszcze na inne sposoby. Można się zachwycać choćby jego zabawami
z językiem, albo ciętymi alegoriami polityczno-społecznymi. To tylko potwierdzi
wielkość jego twórczości. Nawet jeśli będzie budziła odczucia, które by go
dziwiły, czy przeciw którym protestował, jak rozumienie „Solaris” przez
Tarkowskiego, któremu w pasji powiedział „wy durak”.
Dla
mnie Lem był erudytą, humanistą, wizjonerem, który pojmował i uczył się
cywilizacyjnych rzeczy nowych, potrafił je objaśniać i najczęściej trafnie
wskazywał kierunki ich rozwoju. Tak czy inaczej twierdził, że współczesne
społeczeństwo przekształca w społeczeństwo informacyjne. Sam nie tworzył nic
informatycznego, ale rozumiał ten obszar działalności, i wskazywał, jaki jest
jego właściwy wymiar. Ze znakomitymi memento – utworami „Bomba
megabitowa” i „Profesor Dońda”. Wspomniana umiejętność uczenia się znakomicie
koreluje z pewnym stwierdzeniem, z którym zresztą zgadzam się – prawdziwym
informatykiem jest ten, kto potrafi się uczyć.
Z
tego powodu też, ale przede wszystkim z wymienionych wcześniej był – dla mnie, i
może nie tylko dla mnie – honorowym, społecznych, humanistycznym informatykiem,
jak najbardziej godnym, aby być honorowym członkiem naszego towarzystwa. Nawet
jeśli PTI nie zaznaczyło jego odejścia choćby zdawkowym, oficjalnym czy
lakonicznym pożegnaniem – czego żałuję.
To,
że byłem obok niego w czasie, jest wielką rzeczą, jest nieocenionym podarunkiem
od losu. Jest, bo tak wiele pozostawił. Mnie. I nam informatykom – którzy myślą
podobnie jak On, Świet(l)ny Informatyk.
dr Janusz Dorożyński
członek Polskiego Towarzystwa Informatycznego