Gazeta ITRafał Gęślicki
Dylematy moralne
Honesta fama melior pecuniae – Dobra sława lepsza od pieniędzy
Na liście dyskusyjnej PTI, co jakiś czas odżywa dyskusja nt. etyki w
naszej branży. Dyskusje te nie są zbyt ożywione, gdyż wszyscy
dyskutanci są zwykle za etyką, a przeciw jej brakowi. Taka
jednomyślność jest niezwykle krzepiąca – wszak miło należeć do grona
ludzi poważających moralność. Problem wyborów etycznych zdaje się
pozostawać, w środowisku informatycznym, zagadnieniem czysto
akademickim.
Mimo wszechobecnego, dobrego samopoczucia, niektórzy
dyskutanci postulują stworzenie KEI – Kodeksu Etycznego Informatyka.
Powstało już nawet kilka projektów, z których co najmniej jeden jest
intensywnie lansowany w środowiskach związanym z PTI. Abstrahując od
potrzeby istnienia takiego kodeksu, uważam za warte rozpatrzenia
dylematy moralne pracownika. Pracownika, dla którego etyka (mówi się
teraz kultura) firmy stoi w sprzeczności z wartościami, które sam
wyznaje. Czy jest etyczna rzetelna praca programisty, nad tworzeniem
przepłaconego i nieuczciwie pozyskanego zlecenia? Czy można winić PMa,
zarządzającego tworzeniem, za publiczne pieniądze, nikomu
niepotrzebnego systemu? Czy analityk powinien wstydzić się, że prezes
jest złodziejem? Czy wreszcie należy oczekiwać, że pracownicy ci odejdą
ze swoich dotychczasowych miejsc pracy?
Francisco Goya, mimo iż intensywnie lansowany na
niepokornego wobec władz nonkonformistę, był jednym z największych
oportunistów swojej epoki. Był nadwornym malarzem u Burbonów. Po
zajęciu Hiszpanii przez Francuzów, to samo stanowisko przyjął od Józefa
Bonaparte. Uwiecznił w majestatycznych portretach generałów Plafoxa –
przywódcę antyfrancuskiej junty w Saragossie oraz Wellingtona – dowódcę
wojsk angielskich wspierających Hiszpanię w walce z armią Bonapartego.
Służył każdej ze stron. Jego geniusz nie pozwala go jednak potępiać, a
słowa: „Gdyby artyści chcieli pracować tylko pod sprawiedliwymi rządami
to, kiedy w ogóle mogliby pracować?” można bardzo łatwo sparafrazować.
Gdyby informatycy mieli pracować tylko w uczciwych firmach, to gdzie w
ogóle mieliby pracować?
Postawa, jaką prezentuje Goya nie jest wyjątkowa w
świecie artystów. Czechow powiedział: „Nie jestem liberałem. Nie jestem
konserwatystą. Nie jestem zwolennikiem umiarkowanych reform. Nie jestem
mnichem. Ani nie jestem za opowiadaniem się za czymkolwiek. Chcę być
wolnym artystą, to wszystko”. A ja chcę być niezależnym konsultantem. A
wielu moich przyjaciół chce być programistami, analitykami, szefami
projektów i nie chce zastanawiać się, komu służą, a jedynie uczciwie
wykonywać swoja pracę.
Pytania można jednak postawić zupełnie inaczej. Czy jest
etyczne służenie aparatowi represji, nawet jeśli jest to służba
pomocnicza? Czy kierowca, sprzątaczka, protokolant pracujący w Gestapo
postępował etycznie, nawet jeśli nie uczestniczył bezpośrednio w
bestialstwach tej instytucji? Czy można potępiać szlifierza ostrzącego
gilotynę na potrzeby Robespierra i jego rewolucyjnych przyjaciół?
Pomijam oczywiście tego, który naostrzył to niezbyt sympatyczne
urządzenie na potrzeby Robespierra w sensie dosłownym. Umyślnie
przesunąłem się w skrajność. Moralność nie akceptuje kompromisów.
Niemożność zmiany ZŁA, nie wpływa na fakt, iż nadal pozostaje ono ZŁEM,
a pytanie czy służąc nikczemnikom sami stajemy się nikczemni pozostaje
otwarte.
Z całą pewnością obecny rynek pracy nie skłania
pracowników do zbyt intensywnego wyrażania sprzeciwu wobec polityki
firmy, która ich zatrudnia. Z równą pewnością można stwierdzić, że
rynek IT kurczy się systematycznie i firmy muszą sięgać po coraz
bardziej nieszablonowe metody w pozyskiwaniu zleceń. Stan taki nie
tworzy dobrego klimatu ani dla moralistów, ani dla etyków, ani nawet
dla zwyczajnie przyzwoitych ludzi. Ponieważ jednak dyskusje
środowiskowe nie wykazują tragizmu sytuacji, należy optymistycznie
przyjąć, że na dzień dzisiejszy przeciętny, polski informatyk wolny
jest od opisanych wyżej dylematów.
Poznań,
luty 2002 - Bydgoszcz, styczeń 2008