Teleinfo nr 28/2001, 09.07.2001 r.
Piotr Fuglewicz
Odrzut
Nie lubię serialu i
filmu "South Park". Nie dlatego, żeby mnie nie śmieszył; wręcz przeciwnie -
śmieszy prawie tak jak wtedy, kiedy dawno temu wraz z innym sześciolatkiem
wypowiadaliśmy zakazane słowo na "d".
"South Park" jest kulminacją zjawiska
nazwanego przez amerykańską sufrażystkę Susan Faludi "backlash", co oznacza
mniej więcej tyle co "reakcja", "kontratak", "wroga odpowiedź", a rusznikarsko
rzecz biorąc - "odrzut". Pani Faudi w książce pod tym tytułem, opublikowanej w
roku 1992, opisywała z oburzeniem niechętną reakcję części społeczeństwa
amerykańskiego na karierę feminizmu w dekadach poprzedzających jej
wydanie.
Wkrótce pojęcie poszerzyło się na wszelką walkę z tzw. polityczną
poprawnością. W tym samym roku, w którym wyszedł "Backlash", dwaj prawicowi
satyrycy Henry Beard i Christopher Cerf opublikowali "Słownik terminów
politycznie poprawnych", źródło ironicznych sformułowań typu "uczciwy inaczej".
Podobnie jak książka Susan Faludi, słownik był protestem przeciw opisywanemu
zjawisku, w tym przypadku odbierania słowom ich prawdziwego znaczenia, co jest
piętnem wszystkich totalitaryzmów.
W tym kontekście "South Park" jest w
Polsce, bez swego podglebia kulturowego i historycznego, li tylko glosariuszem
sprośności i obscenów, nieuzasadnionych artystycznie ani społecznie potrzebą
odreagowania realnych stresów. Ewidentnie backlashowe, podobne do siebie jak dwa
półdupki "WC kwadrans" Cejrowskiego i "NIE" Urbana, są przynajmniej odpowiedzią
na autentycznie polskie frustracje. W sprawie dysputy amerykańskiej, biorąc pod
uwagę datę jej wybuchu, warto sobie uświadomić, że jesteśmy "10 lat za
Murzynami".
Wspólną cechą wspomnianych, lustrzanych nurtów ideowych jest ich
poczucie bezwzględnej słuszności i misji wyjaśnienia nieświadomym, w jak
głębokim tkwią błędzie, połączone z próbą kategorycznego narzucenia wszystkim
jedynie słusznych poglądów. Podobny ton występuje coraz częściej w internetowej
korespondencji. Na różnych forach dyskusyjnych plenią się apostołowie netykiety
oraz pogromcy spamu.
Pierwsi szczególnie uczuleni są na to, aby w jednolity
sposób oznaczać cytaty oraz koniecznie odpowiedzi udzielać pod tekstem
cytowanym; drudzy do bzdur przysłanych przez spamerów dodają swoje groźby i
połajanki. Muszę ze wstydem przyznać, że reaguję na oba gatunki jak Stan Marsh
na swoją dziewczynę (jeśli wiedzą Państwo, co mam na myśli - dla tych, którzy
nie wiedzą - eufemistycznie mówiąc - odrzucam je).
Zgodnie z poetyką
normalnej dyskusji w USENECIE powyższe zostałoby zapewne uznane za głos w
obronie spamu i przeciw netykiecie. Otóż uważam, że spam jest zły, a netykieta
potrzebna (polecam szczególnie:
http://www.immt.pwr.wroc.pl/~sapi/sieci/netykieta/), ale nie przepadam
za obsesjonistami jedynie słusznych poglądów.
Może jestem przewrażliwiony,
ale klimat ich wypowiedzi przypomina mi sytuację, której niejednokrotnie
doświadczałem w nie istniejącym już państwie o nazwie ZSRR. Obywatele wsiadający
do środków publicznego transportu natychmiast dobrowolnie okazywali wszystkim
pasażerom bilet (popieram wnoszenie opłat za przejazdy). Działo się tak dlatego,
że w przeciwnym razie któryś z obecnych już w tramwaju czy autobusie podróżnych,
również dobrowolnie, natychmiast przypominał o obowiązujących regulacjach.
Poznań,
luty 2002 - Bydgoszcz, styczeń 2008